Ciekawe Gry

gry planszowe i nie tylko

Zagrałem w „Zombies vs. Cheerleaders”

Może i polski dorobek w świecie gier planszowych nie jest ogromny, ale są takie produkty, z których zdecydowanie powinniśmy być dumni. Choćby taki „Robinson”. Albo „Zombiaki”.

No właśnie – „Zombiaki”.

Prosta, dwuosobowa gra oparta o karty stanowiące równocześnie planszę i falę nacierających zombie kierowanych przez jednego z graczy, podczas gdy drugi gracz próbuje dotrwać do świtu i eliminować mózgożerców.

Wyobraźmy sobie teraz, że rzecz dzieje się w szkole. Takiej amerykańskiej, z koszykówką, baseballem i długonogimi, gibkimi, machającymi pomponami dziewczynami. A gdyby tym dziewczynom przyszło stanąć za barykadami naprzeciw przemienionych w zombie kolegów i nauczycieli? Czym by się broniły? Może miotaczem płomieni z lakieru do włosów i zapalniczki, może procą ze stringów? Co sądzicie o takiej grze?

Osobiście nie wiem, co o tym sądzić. Jak dla mnie – klimatem się nie broni.

Zobaczmy, jak wygląda jej mechanika i wykonanie.

Gracz prowadzący zombie wykłada na stół w formie kwadratu określoną (w zależności od wybranego stopnia trudności gry) liczbę zombiaków. Zombiaki posiadają specjalne zdolności, których wykorzystanie jest optymalne tylko w określonym ich położeniu w szeregu. Nauczyciele wytrzymają dwa strzały, podobnie jak bossowie – usunięcie tych drugich przynosi ponadto korzyści cheerleaderkom w postaci dodatkowych opcji ruchu. Gracz w baseball – nawet martwy nadal potrafi miotać piłki jak pociski, więc potrafi z daleka niszczyć barykady, a były futbolista w ciągu jednego ruchu pokona wszystkie wolne pola, które ma przed sobą. Były perkusista jest z kolei tak nieprzydatny dla swojej drużyny, że jego usunięcie dodaje dwa dodatkowe ruchy dziewczynom…
Rozstawienie zombiaków nie będzie zatem przypadkowe. Po rozstawieniu – które odbywa się w tajemnicy przed drugim graczem, wszystkie karty zombie zostają położone rewersem do góry.

Teraz gracz prowadzący cheerleaderki rozstawia dziewczyny po jednej przed każdą kolumną zakrytych zombie, jeszcze pomiędzy jednymi a drugimi rozkładane są barykady i w zasadzie można zaczynać. Warto jeszcze dopowiedzieć, że barykady o ile zostaną usunięte, dają dodatkowe ruchy graczowi prowadzącemu zombie, podobnie jak usunięci z gry bossowie to dodatkowy ruch specjalny dla cheerleaderek.

DSC_1782

Zażarta walka o mózgów żarcie polega na wykonywaniu przez gracza prowadzącego zombie trzech ruchów – może poruszyć rząd, kolumnę, wykonać atak lub akcję specjalną z dostępnych kart barykad. Poruszać można zakryte karty, ale atak wymaga ujawnienia konkretnego zombiaka. Zombiaki najpierw atakują barykady, a kiedy je usuną, usiłują pożreć dziewczynę. Sukces oznacza koniec gry.
Następnie swój ruch  wykonują cheerleaderki, które mają do wyboru ponowne rozstawienie barykad, zamianę miejsc rozstawienia dziewczyn, wykonanie akcji specjalnej z uzyskanej karty Bossa lub oddanie strzału do zombiaków. Każda cheerleaderka ma określoną liczbę ataków, która jest równocześnie jej wytrzymałością. Każdy atak jest inny – jedna razi całą kolumnę wrogów swoim miotaczem ognia ze szpreju do włosów – ale ta sztuka uda się jej trzykrotnie, kolejna ma możliwość zdjęcia każdego zombie niezależnie od jego wytrzymałości (za pomocą jakiegoś przyrządu kosmetycznego, ale niepodobnego do depilatora) – dysponuje jedynie pięcioma strzałami na całą grę, jeszcze inna może uzupełniać pociski w procy ze stringów, ale ma ich zbyt mało na raz, by razić wrogów ciągłym ogniem. Jeszcze inna rozrzuca rażące obszarowo koktaile Mołotowa, ostatnia ma masę punktów wytrzymałości, ale niczym nie strzela – taka żywa tarcza.
Możliwość zamiany miejscami dziewczyn i barykad oznacza, że gracz zombie, by wygrać, nie może skupić się na atakowaniu w jednej tylko linii.

Rozgrywka 1

Zombie przedarł się za linię barykad

Efekt sprayu

Krajobraz po użyciu lakieru do włosów i zapalniczki

Muszę przyznać, że walka naprawdę jest zażarta. Zombie zastanawiają się kogo ujawnić, kim zaatakować, by jak najprędzej zniszczyć barykady – o ile gracz nimi kierujący pamięta początkowe rozmieszczenie i kontroluje jego zmiany –  cheerleaderki wychwytują każdy błąd zombie. Asymetria stron działa dobrze, dostarczając wielu emocji, a gra jest zbalansowana mimo tego, że to ruchy zombie determinują charakter rozgrywki. Od gracza zombie („gracz zombie” brzmi w tym kontekście jak partner w grze solo, ale wiecie o co mi chodzi, prawda?) wymaga się z resztą nie tylko podejmowania dobrych decyzji, ale i nie lada pamięci – instrukcja nie pozwala bowiem (przynajmniej nie ma o tym mowy) na podglądanie raz zakrytych kart zombie przez prowadzącego ich gracza.

Jeszcze nie wspomniałem, że gra to twór wydawnictwa Matagot – wydawcy tak dopracowanych w dizajnie gier jak Takenoko, Cyklady. Brak tej wzmianki był celowy, ponieważ wykonaniu Zombies vs. Cheerleaders warto poświęcić osobny akapit.
Grafika stoi na bardzo wysokim poziomie. Zombie nieomal wychodzą ze swoich kart na stół, cheerleaderki toczą ciężki bój z użyciem najbardziej toksycznych kosmetyków, jakie były w stanie wytworzyć umysły najlepszych projektantów mody. Całość została naniesiona na elastyczny papier o dużej gramaturze, a następnie polakierowana – karty przyjemnie przesuwa się po stole, nie ma też strachu o ich pogięcie. Wydawca nawet pokusił się o dodatkową kartę przeznaczoną wyłącznie do odwracania kart zombie na awersy – urzekające rozwiązanie, z którym nie zetknąłem się wcześniej. Wraz z kartami dostajemy plastikowe znaczniki wytrzymałości/amunicji i arkusze pomocy na tekturkach.

Pomoce graczy

Instrukcja napisana jest czytelnie, wyraźnie rozdzielono zasady gry każdą ze stron. Niestety podczas gry pojawia się trochę niejasności. Ilość zasad jak na grę utrzymaną w klimacie absurdu i wydaną w formacie kieszonkowym jest moim zdaniem przytłaczająca – w mojej ocenie czas konieczny do ich opanowania jest nieproporcjonalnie wysoki w stosunku do czasu i atrakcyjności rozgrywki. Próg wejścia jest wysoki, pomimo opcji rozgrywki w trzech wariantach trudności.

Podsumowanie

Zombies vs. Cheerleaders – gra z tematyką „przypałową”, zmieszczona w małym opakowaniu okazała się grą wagi ciężkiej. Rozgrywka nie przypomina jednak wielorundowego starcia napakowanych agresją i mięśniami gigantów, a raczej starcie zmęczonych grubasów, którzy stoczyliby zaciekłą walkę, gdyby zrzucili parę kilo.

O dziwo, gra wciągnęła bardzo moją 10-letnią córkę, która ciągle chciała grać „pomponistkami”. I muszę przyznać, że grała nimi dobrze. Dla mnie z kolei wyzwaniem było spamiętanie położenia moich wygłodniałych bojowników i opracowywanie kolejnych strategii. Z niemałym zaskoczeniem stwierdzam zatem, że gra w konfiguracji córka vs. ojciec sprawdza się bardzo dobrze. Przynajmniej do czasu, kiedy ojciec zrozumiał jak rozstawiać zombiaki (np. baseballista daleko z tyłu, z przodu nauczyciel cechujący się większą wytrzymałością, za nim wspinacz, który przeskakuje barykady itd.) i przyzwyczaił się na tyle do grafik i zasad, że pamiętał, który zombie jest gdzie. Córka zaczęła nawet liczyć, czy wystarczy jej strzałów na pobicie taty, ale jednak tata-zombie uzyskiwał znaczącą przewagę. Z każdą kolejną rozgrywką, brak głębi dawał się nam coraz bardziej we znaki – zwycięstwo dziewcząt zależało od tego, czy koktaile Mołotova były rzucane we właściwe miejsca (zgodnie z zasadami koktail trafia w konkretnego zombie, a otaczające go tracą tyle wytrzymałości, ile miał ten trafiony – zatem trafienie „bossa” czyni naprawdę duże szkody). Gra przerodziła się w realizowanie przez zombie polowania na dziewczyny w określonej sekwencji – dokładnie takiej, w jakiej gracz kierujący dziewczynami odpalał kolejne pociski. Niby można tak długo – w praktyce jednak rozgrywka trwa ok. pół godziny, a czas potrzebny na trzy rozgrywki można już przeznaczyć na inne tytuły, nawet te również wydane w skali mikro.

Uważam, że znacznie lepiej zrobiłby mechanice klimat dowolnego, znanego uniwersum, w którym pozornie słabsza  strona walczy z posiadającym przytłaczającą przewagę liczebną wrogiem – i tak mechanika ma się bowiem nijak do tematyki gry. Do mnie motyw zombie łaknących mózgów cheerleaderek zupełnie nie przemawia – niby były jakieś komiksy na ten temat – może i nawet poczytne.
Pomimo świetnego wykonania i w sumie ciekawej mechaniki – gra nie zagości często na moim stole. I tak wolimy z córką Takenoko, Pandemię czy Colt Express. Istnieje również wiele lepszych karcianek – może nie tak ładnie wydanych – jednak jeżeli szukamy wrażeń estetycznych, a nie „growych” – przejdziemy się do parku.

Gra jest pięknie wydana. Jak na taki format – naprawdę robi wrażenie zarówno pod względem jakości kart, jak grafik. Mechanika jest również pomysłowa. Jednak przypałowy klimat zatrzymuje uwagę jedynie na chwilę. Liczba zasad i forma ich przekazania (np. ikonografia na kartach zamiast opisu działania, dodatkowe akcje z kart) przytłacza – nawet karty pomocy nie powodują, że gra staje sie lekka w odbiorze. Nawet w pół godziny można rozegrać partię w znacznie ciekawsze gry. Nie jest to miła dla mnie chwila, ale stwierdzam jednoznacznie, że Zombies vs. Cheerleaders po prostu mi nie podeszła.

Dziękujemy wydawnictwu Matagot za udostępnienie egzemplarza gry do recenzji.

Tytuł: Zombies vs Cheerleaders
Autor: Richard Toquet
Wydawnictwo: Matagot
Liczba graczy: 2
Wiek graczy: 10+
Czas gry: 30 minut

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 23 marca 2017 by in Recenzje and tagged , , , , , .
%d blogerów lubi to: