Ciekawe Gry

gry planszowe i nie tylko

Wojenne emocje

PoGOstatnio udało mi się nieco zintensyfikować rozgrywanie gier wojennych po dość długim okresie grywania w euro. Nie żeby to była jakaś deprecjacja eurogier, ale jak napisał clown na jednym ze swoich blogów, gry wojenne niosą z sobą charakterystyczny rodzaj ładunku emocjonalnego (no dobra, ja to napisałem w komentarzu do jego artykułu, ale musiałem na kogoś zrzucić winę za napisanie tego artykułu). Co do szukania chwały, jako wyróżnik graczy wojennych, nie do końca bym się zgodził, gdyż takie samo określenie pasowałoby do starcia umysłów w Atonie, ale zgadzam się, że jest to bardzo specyficzny rodzaj rozgrywki – jak to mówią: nisza w niszy. I nie chodzi o proste natężenie emocji, które wyzwala adrenalina, bo pewnie nawet przy rzutach kostką w Talismanie u niejednego z nerwów nastąpi atak wcześniej tłumionych zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych. Wydaje mi się, że bardziej chodzi jednak o historyczną oprawę danej rozgrywki, o fakt odtwarzania w pewien sposób historycznych wydarzeń, czy nawet o głębszą identyfikację z którąś z walczących stron. A dodatkowo poprzez niefikcyjność tych elementów, w odróżnieniu od wielu współczesnych planszówek, możemy być z nimi bardzo osobiście związani. Dopiero te elementy sprawiają, że gra wojenna jest właśnie sobą, a nie zwyczajną Grą o Tron czy sprzeczką o miedzę między szkockimi klanami. Wszakże tam również wyłoniony zostanie okryty chwałą zwycięzca.I w sumie chciałbym w tym momencie przejść do głównej myśli mojego wywodu, czyli moralnych dylematów, które mną targnęły podczas ostatniej rozgrywki w Conflict of Heroes: Price of Honour po stronie desperacko wycofujących się pododdziałów 27 Dywizji Piechoty w czasie bitwy w Borach Tucholskich. Zupełnie niespodziewanie mój wewnętrzny konflikt, o który bym sam siebie nie posądzał, spowodował, że niczym bohater łzawych filmowych dramatów w zwolnionym tempie przeżywający retrospekcję swoich wcześniejszych poczynań, zmusił mnie do głębszej refleksji, która właśnie spowodowała przelanie moich myśli na ekrany Waszych monitorów.
CoH-PoHA działo się to 1 września 1939 roku w okolicach wsi Ocypel po wstępnym przegrupowaniu i wkroczeniu moich posiłków przy pojawiających się od zachodu wrogich zagonach. Widząc ruchy przeciwnika, zauważyłem, że mam okazję wprowadzić jeden z moich pododdziałów na jego nieosłoniętą flankę. Manewr ten zrobiłby wiele szkód moździerzom i wyczerpanej już piechocie nie licząc pojazdów transportowych ustawionych na jednym heksie. Z tym że ta moja jednostka piechoty z pewnością by nie przeżyła do końca gry na tej pozycji. Bądź co bądź pełen samozadowolenia ze sprytnie wymyślonego planu, wziąłem żeton rzeczonej jednostki do ręki… i się zawahałem.

Bo przecież symbolizował on ludzi, którzy tam kiedyś walczyli naprawdę, oddając swoje życie i był pewnie jakiś oficer w sztabie, który mógł mieć podobny pomysł i podobne rozterki. Moim zdaniem właśnie w tym tkwi fenomen gier wojennych, bo zadałem sobie pytanie: czy on również podjąłby taką decyzję? Czy ich poświęcenie warte jest kilku rzutów kostką, który wynik wprawdzie bardzo prawdopodobny, to niegwarantowany…? I właśnie dlatego uwielbiam te decyzje, które oprócz samej warstwy strategicznej czy taktycznej dodają te dodatkowe emocje, o których napisałem. I w sumie nie ma dla mnie znaczenia czy stanę na polach bitew podczas wojny skańskiej z muszkietem w dłoni, czy założę narty, by stawić opór radzieckiemu najeźdźcy podczas talvisota – radość jest podobna (a przy okazji, właśnie moje armie rosyjskie zostały zdziesiątkowane przez bezwzględnie nacierające oddziały połączonych sił państw centralnych w Ścieżkach chwały. Cóż za ból!).
RWZastanawiałem się czy jakaś inna gra, z popularnie przyjętego podziału gatunków, euro lub ameritrash jest w stanie dostarczyć takich przeżyć i wydaje mi się, że nie. A skutkuje to tym, że nie mam oporów do zagrania w jakiś wojenny tytuł, który trwa 8 godzin, ale nie wyobrażam sobie, bym mógł siedzieć tyle czasu nad, nie przymierzając, grą pokroju Bora Bora.

Nawiązując do dyskusji z innego bloga, zdaje się, że u Kwiatosza, jak wybrać swoje „ulubione” gry. Proste, to te, które dostarczają nam najwięcej emocji odpowiednich dla nas, czyli trafiające w tzw. sweet spot. I tego Wam życzę, a teraz do boju!

Jacek „Palladinus” SzmaniaJaco

Zdjęcie pierwsze i trzecie pochodzi z portalu BGG na licencji Creative Commons

Reklamy

2 comments on “Wojenne emocje

  1. Pingback: Kwiatosz | Myśl. Nie graj. ZnadPlanszy.pl

  2. Ouragan
    4 lipca 2013

    Niby dużo pojawia się nowości w zakresie strategicznych gier wojennych, to wydaje się, że w parze za tym nie idzie poszerzenie bazy grających. Osobiście nie znam osoby która by grała w te gry która miała by mniej niż 30 – 35 lat. Także grając z obcokrajowcami przez internet nie spotkałem osoby młodszej. Obawiam się zatem, że emocje o których piszesz miną wraz z pokoleniem obecnych 30 latków, a planszowe gry strategiczne mogą przejść do lamusa niczym kaseta VHS, czy płyta gramofonowa. Myślę, że młodsi gracze (15 – 25 lat) preferują wizualizację nad analizę tekstu, wolą szybkość i mało skomplikowane zasady niż ciągnące się godzinami rozgrywki, do których trzeba znać kilkudziesięcio stronicowe zasady, pisane punktami i podpunktami. Przewaga 30 latków to zasobność portfela, tym samym póki ta garstka pasjonatów będzie nabywała stosunkowe drogie gry wydawnictw wojennych gier strategicznych, branża nie umrze. Pytanie tylko jak długo to będzie trwać xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 2 lipca 2013 by in AAR, Felietony and tagged , , , .
%d blogerów lubi to: