Ciekawe Gry

gry planszowe i nie tylko

Wywiad z organizatorem gamesroomu na Pyrkonie Jakubem „rzabcio” Głazikiem

real-las-zefir-800Za nami kolejna edycja Pyrkonu – największego festiwalu fanów fantastyki w Polsce. Tegoroczną imprezę odwiedziło ponad 12 000 ludzi i była to rekordowa frekwencja tej imprezy. Rekordowo wielki był również gamesroom na tegorocznym Pyrkonie, który zajmował większą część hali 7A. Wielu z odwiedzających nie zdaje sobie sprawy, jak wygląda organizacja i przygotowanie tej części imprezy, dlatego pytania skierowaliśmy do organizatora i koordynatora gamesroomu Jakuba „rzabcio” Głazika – członka Poznańskiego Stowarzyszenia Miłośników Gier Planszowych „Gramajda”. Gramajda razem ze szczecińskim Games Room Team od kilku edycji obsługuje pyrkonowego gamesrooma.
CG: Kuba, kolejny Pyrkon za nami. Dla Ciebie to kolejny gamesroom, który organizowałeś z ramienia Gramajdy. Impreza z roku na rok jest coraz większa, a obecnie niewiele już przypomina Pyrkon z czasów szkoły na Dębcu. Jak Ty oceniasz te zmiany?
J”r”G: Niestety trudno mi tak naprawdę porównać, bowiem nigdy nie byłem na Pyrkonie za czasów szkoły na Dębcu. Porównując jednakże do innych, podobnych imprez, w których pomagaliśmy, mogę jedynie pochwalić lokalizację na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Jest to miejsce, które można znakomicie wykorzystać do takiej imprezy, zresztą – największe konwenty światowe odbywają się w podobnych warunkach.
CG: Opowiedz trochę o tym, jak wyglądał czas poświęcony organizacji tak dużej imprezy. Kiedy zacząłeś przygotowania, jak wyglądały uzgodnienia z organizatorem, czyli Drugą Erą, co należało do Twoich obowiązków?
J”r”G: Praca przy Pyrkonie zaczyna się późną jesienią, od comiesięcznych spotkań wszystkich organizatorów, czyli głównie osób z Drugiej Ery. Omawia się z nich plany i pomysły na nadchodzącą imprezę. Po Nowym Roku, zaczyna się realizacja pomysłów – głównie rozmowy ze sponsorami na temat realizacji atrakcji, na przykład duża wersja Pędzących Żółwi. Dla mnie bardziej wytężona praca zaczęła się jednak z początkiem przyjmowania zgłoszeń programowych, gdy wymagane jest układanie punktów programu, kontaktowanie się z twórcami, dogadanie lokalizacji, terminu i potrzebnego sprzętu, jak projektor, czy nagłośnienie. Najbardziej intensywne są ostatnie dwa tygodnie, gdy siłą rzeczy, przy tak dużej imprezie, należy ogarnąć „na wczoraj” wszelkie nagłe problemy, gdy nagle pojawiają się pilne, nowe atrakcje i znikają inne, gdy ktoś chce więcej miejsca i tym podobne. Zadaniem organizatora jest także zadbać, by wszyscy twórcy programu z jego bloku posiadali w systemie odpowiedni zniżki. W tym cała ekipa obsługi gamesroomu.
CG: Ile realnie godzin poświęciłeś na wszystko, co jest związane z Pyrkonem? Ile czasu spędziłeś na samej imprezie?
J”r”G: W sumie myślę, że poza trzema dniami właściwiej imprezy, spędziłem jeszcze około 3-4 dni standardowej 8-godzinnej pracy na przygotowaniach przed Pyrkonem.
Na samej imprezie byłem już dzień wcześniej, gdy pomagałem ustawiać stoły, przygotowywać stoisko z wypożyczalnią i dopilnowałem odpowiedniego podłączenia zasilania. W każdy dzień imprezy byłem na stanowisku już od ósmej rano, wychodziłem nieco po północy, by jednak nieco się przespać. Poza niedzielą oczywiście, gdy wyszliśmy wraz z ekipą po godzinie 20, po pakowaniu i przygotowywaniu wysyłki z grami z wypożyczalni.
CG: Jaki miałeś wpływ na kształt gamesroomu, rozmowy ze sponsorami, bibliotekę gier, konkursy czy uzgodnienie składu Rozjaśniaczy zasadowych?
J”r”G: Na jednym z pierwszych spotkań, zostaliśmy zapytani przez Drugą Erę: „Ile miejsca potrzebujecie?”, odpowiedzieliśmy: „Tyle ile dostaniemy, tyle zapełnimy!”
Nie przygotowywaliśmy turniejów i pokazów w gamesroomie. Z doświadczenia wiadome było, że sponsorzy i tak zgłoszą ich niemałą liczbę. Mieliśmy jednak pewien wpływ na ich ułożenie w programie tak, by były rozplanowane mniej więcej równomiernie, ale z uwzględnieniem standardowego, znanego z poprzednich edycji rozkładu ruchu w określonych godzinach. Nie mieliśmy natomiast wpływu na bibliotekę gier w wypożyczalni – takie sprawy załatwiane były wyżej na poziomie dogadywania sponsoringu i wystawiania stoisk sponsorów. Głównie były to gry z biblioteki „konwentowej” wydawnictwa Rebel. Wypożyczalnia była jednak otwarta dla każdego, kto chciał dorzucić swoje gry – wszystkie znalazły się na półkach. Oczywiście dorzuciliśmy także gry gramajdowe.
Skład ekipy obsługującej gamesroom mogliśmy całkowicie dostosować sami – tutaj duże podziękowania za zaufanie dla Drugiej Ery za właściwie brak limitu osób, które mogliśmy wciągnąć.
CG: Ile osób z Waszej strony pomagało w wypożyczalni, tłumaczyło gry? Jak wyglądał skład Rozjaśniaczy i GRT? To ludzie doświadczeni w boju, czy po prostu entuzjaści społecznicy?
J”r”G: Łącznie było nas 27 osób – z Gramajdy 18 osób, z Games Room Team 6 osób i „z zewnątrz” 3 osoby, które pomagały w nocnym gamesroomie podczas poprzednich edycji. I to było zbyt mało. W związku z faktem, że gamesroom otwarty był całą dobę, dyżury musiały się przeplatać, a więc w ciągu dnia, w jednym momencie nie było nas więcej niż 10-12 osób. Ruch był jednakże tak duży, że prawie wszyscy musieli pomagać w wypożyczalni. W najlepszym razie 3-4 osoby mogły tłumaczyć gry na sali. Mnie osobiście bardzo to boli, gdyż tłumaczenie gier było zawsze znakiem rozpoznawczym Gramajdy. A tutaj mogliśmy wyjaśniać gry jedynie w ograniczonym stopniu. Sam też byłem na tyle zajęty, że udało mi się wytłumaczyć zaledwie trzy gry, z czego dwie były grami imprezowymi. No, ale nie da się wszystkiego przewidzieć, a tym bardziej przeskoczyć.
Duża część zespołu to ludzie już obyci z tłumaczeniem – byli na każdej z poprzednich edycji, w których uczestniczyłem. Zawsze jednakże, jeszcze przed imprezą staramy się wciągnąć nowe osoby. Problem bowiem w tym, że ludzie po prostu się boją dołączyć do obsługi. Sam też się bałem odpowiadać na apele na stronie Gramajdy, gdyż wydawało mi się, że znam mało gier i zapewne się nie przydam. W trakcie imprezy starałem się pogadać z każdym, nawet na luźne tematy, żeby zobaczyć, co myśli, jak się czuje w ekipie. Szczególnie jednakże z nowymi osobami, by dowiedziały się, jak cenne są dla reszty zespołu. Zresztą – nie musiałem się wysilać, bo naprawdę tak było.
CG: Słychać trochę głosów krytycznych pod kątem gamesroomu jak chociażby słaba biblioteka gier, zbyt mało egzemplarzy sztandarowych pozycji, biblioteka zdominowana przez gry z Wydawnictwa Rebel czy problematyczne zostawianie w zastaw dokumentów tożsamości i bałagan w systemie wypożyczeń. Część głosów wydaje mi się uzasadniona. Też masz takie odczucia?
J”r”G: Tak, widzieliśmy te problemy i zgadzamy się z nimi.
Jak już wspominałem – nie mieliśmy wpływu na skład biblioteki. Faktycznie, zaskoczyło mnie, że tylko Rebel dostarczył gry do biblioteki – w poprzednich edycjach gier użyczyli także inni sponsorzy. Nie jestem pewien, z czego to wynika i nie chciałbym gdybać na ten temat. Sprawę w każdym razie zgłosiłem już odpowiednim osobom, by rzecz tą poprawić na kolejnym konwencie.
Problem z bazą wypożyczeń faktycznie był w piątek, a wynikł z pewnego nieporozumienia podczas kontaktu z Rebelem, co sprawiło, że w bazie mieliśmy więcej gier niż w rzeczywistości. Niestety, także z doświadczenia zawodowego wiem, że nie jest prosto zatrzymać i poprawić system informatyczny, który akurat działa, należało więc poczekać do nieco luźniejszej godziny. W nocy z piątku na sobotę zmieniliśmy szybko system i potem było już w miarę dobrze. W miarę, bo i potem zdarzały się pewne niedociągnięcia, ale sądzę, że nie wykraczały one poza standardowe problemy.
Zostawianie dowodów jest problematyczne, ale zastanawialiśmy się nad tym długo i stwierdziliśmy, że jednak musi pozostać. Pyrkon nie jest konwentem stricte planszówkowym – jest to zbyt duża impreza i zbyt dużo się na niej dzieje, by pozostawić gry na samopas. Wypożyczanie na dowód to wydaje mi się i tak niezbyt uciążliwa metoda. Cieszy mnie też, że pomimo ogromnego ruchu i tworzących się kolejek nie było żadnego większego problemu – ostatecznie nikomu nie zaginął dowód, a wszystkie gry z wypożyczalni wróciły do właścicieli.
CG: Czy dzisiaj, gdy do historii przeszła kolejna edycja z Twoim udziałem i zaangażowaniem. Jest coś, co cię wkurza, co chciałbyś zmienić?
J”r”G: Największy problem to wspomniana biblioteka. Ekipa obsługująca Games Room powinna mieć możliwość wglądu i czas, by spis dostępnych gier przeanalizować i w miarę możliwości zmodyfikować. Zaznaczę jeszcze raz – nie tylko możliwość, ale także czas, bo tego drugiego, jak mi się wydaje, zabrakło w tym roku. Z powodu opóźnień wynikłych z rozmowami z MTP wiele rzeczy było robionych na ostatnią chwilę i może stąd niektóre z problemów.
Drugim problemem jest brak miejsca. Nie rozchodzi się tylko o zwykłych graczy, ale także o strefę turniejową, w której często po prostu brakowało stolików. W poprzednich latach nie było z tym problemu, gdyż Games Room Turniejowy był osobną salą. W tym roku, przyznaję, polegliśmy w organizacji miejsca dla sponsorów. Z drugiej jednak strony – bardzo trudno byłoby taką strefę oddzielić na tak dużej sali. No bo jak odmówić ekipie, która trzyma już grę planszową w ręku i z utęsknieniem rozgląda się za wolnym stolikiem?
CG: Co sprawiło Ci najwięcej satysfakcji z prowadzenia gamesroomu?
J”r”G: Ludzie. Wiem, że brzmi to szablonowo, ale taka jest prawda.
Fantastyczne są niektóre reakcje ludzi na proponowaną grę, na tłumaczenie. Szczególnie lubię, gdy podczas tłumaczenia gry skupione twarze graczy się rozjaśniają, gdy w głowach układa im się całokształt zasad. Gdy twarz rozjaśnia uśmiech, gdyż właśnie wymyślili sprytny plan na pokonanie przeciwników. I gdy po partii przychodzą podziękować za polecenie oraz za tłumaczenie gry, gdyż „była tak dobra, że zagrali dwa razy”. Dlatego też żałuję, że w tym roku miałem tak mało okazji do tłumaczenia gier.
Z drugiej strony medalu jest ekipa, z którą współpracowałem. To naprawdę fantastyczne patrzeć, jak ci ludzie sobie radzą, jak osoby, które jeszcze wczoraj znały się mało, lub były sobie całkowicie obce współpracują ze sobą. No i przede wszystkim dużo żartów i śmiechu, które pozwalają przetrwać chwile słabości.
CG: Wiem, że współpraca z Drugą Erą nie jest łatwa, to bardzo wymagający partner. Czy jednak komercyjny aspekt imprezy, chociażby w postaci wpływów z biletów przekłada się również na „korzyści” dla Ciebie czy Gramajdy?
J”r”G: Tak. W tym roku, podobnie, jak w poprzednich, dostaliśmy od Drugiej Ery kilka gier do gramajdowej biblioteki oraz do naszego „magazynku gier zafoliowanych”, które przeznaczamy na nagrody podczas okazjonalnych imprez planszówkowych przez nas organizowanych. Korzyści dla siebie, poza darmowym poczęstunkiem dla organizatorów nie mam żadnych. Wiem, że zabrzmi to bardzo górnolotnie, ale wszelkie inne osobiste korzyści wolałbym i tak przekuć na korzyści dla Gramajdy. W końcu robimy tą imprezę razem, zjednoczeni pod sztandarem żółtego pionka „meeple”.
CG: Zakładam, że już ochłonąłeś i odpocząłeś po imprezie. Zastanawiałeś się już, czy w przyszłym roku przyłączysz się do organizacji Pyrkonu?
J”r”G: Nie. Po trzech imprezach czuję, że mi wystarczy. Pora zrobić miejsce dla nowej osoby. Oczywiście, jeżeli zostaniemy także zaproszeni do pomocy, gdyż drugoerowa sekcja planszówkowa coraz bardziej rośnie w siłę. Chętnie jednakże pojawię się jako pomoc.
CG: Jeszcze kilka pytań ze sfery prywatnej. Kiedy zacząłeś interesować się współczesnymi grami planszowymi? Jaka była Twoja pierwsza planszówka w kolekcji?
J”r”G: Pierwsze planszówki poznałem na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy pod choinką znalazłem Labirynt Śmierci oraz Gwiezdnego Kupca z wydawnictwa Encore. Wcześniej gry planszowe kojarzyły mi się z Chińczykiem, po tej Gwiazdce zacząłem szukać innych tytułów. I tak biblioteka wzbogaciła się o kolejne pozycje z Encore i Sfery, czyli firm już dzisiaj nieistniejących. W zestawie tym był „Magiczny Miecz”, czyli klon „Magii i Miecza”. W szkole średniej zainteresowałem się papierowymi grami RGP, na studiach zainteresowania te całkiem zanikły. Wiele lat później, w latach 2006/2007 wraz z kolegami z pracy spotykaliśmy się u jednego z nich na partyjce w Agricolę, czy Szoguna. A przy okazji zawędrowaliśmy do jednego ze sklepów planszówkowych. I doznałem prawdziwego szoku. Wyobraźcie sobie – przez kilka lat świat planszówek dla mnie nie istniał, a potem nagle znajduję się w otoczeniu dziesiątek kolorowych pudełek, wśród gier różnego rozmiaru i kalibru z tak wieloma zagadnieniami fabularnymi. W maju 2009 roku pierwszy raz wybrałem się na spotkanie Gramajdy w Alibi. I tak już zostałem.
CG: Ile gier posiadasz w prywatnej kolekcji? Zdarza Ci się kupować gry bardziej kolekcjonersko niż do grania?
J”r”G: Mało, może kilkanaście. Należę do kategorii graczy „kolega-przyniesie”. To pół żarem, pół serio. Poważnie mówiąc, mam po prostu pod swoją opieką część gier z biblioteki gramajdowej, więc nie mam zbyt dużo miejsca na kolejne gry. Drugim powodem są ciągle dość wysokie ceny planszówek. Summa summarum, wybieram więc wyjątkowe tytuły, dodatkowo sprawdzając, czy ktoś z ekipy znajomych (czyli głównie planszówkowiczów) już takiej gry nie posiada, bo po co się dublować. I to jednocześnie jest odpowiedź na drugie pytanie – gry, które kupuję, są zdecydowanie grami do zagrania. Z dwoma wyjątkami – w 2011 roku kupiłem „Labyrinth: War on Terror” właściwie w ciemno, wyłączenie z powodu tematyki, którą poruszał – bo bardzo mało jest gier opowiadających o najnowszej historii. Za ciosem poszła kolejna gra tego autora – Volko Ruhnke – czyli „Andean Abyss”. Już zamawiając tą grę, spodziewałem się, że nie będzie jakoś specjalnie rozchwytywana wśród graczy, z którymi się spotykam. Ale ponownie temat oraz interesujący mechanizm sprawiły, że musiałem ją mieć.
CG: Ile osób liczy Twoje najbliższe grono planszówkowiczów, takie, z którymi najczęściej grywasz? Spotykacie się również w innym celu niż granie?
J”r”G: Nie jestem pewien, czy będę w stanie zdefiniować „najbliższe grono”, grywam bowiem w bardzo różnych składach. Zdecydowanie jednak większość tych osób mogę jednakże określić jako gramajdowiczów. A czy spotykamy się w innych celach niż planszówki? Rzadko. Cóż bowiem może być lepszego niż planszówki, na którą i tak ciągle jest za mało czasu i okazji. Przypomina mi się pewna sytuacja. Jakiś czas temu postanowiliśmy z Justyną, drugą Justyną i Marco spędzić sobotę nieco bardziej tradycyjnie, czyli pograć w mini-golfa na Malcie, a potem na obiedzie w Galerii Malta. Rozmawiając po atrakcjach Marco mówi: „Aaach, udany dzień, dobrze było zrobić coś innego. Ile czasu w końcu można grać w te planszówki?” Widząc moje spojrzenie z ukosa, zamyślił się potężnie, przeanalizował swoje słowa i po chwili dodał: „Właściwie, to można całkiem dużo.”
Niestety – jestem boardgamegeekiem całym sercem. Na pytanie: „Idziesz na imprezę?” odpowiadam bezwiednie: „A będą planszówki?”
CG: Twoje absolutne Top 5 gier to:
J”r”G: Dobrze wiesz, że żaden planszówkowicz nie udzieli jasnej odpowiedzi na to pytanie. Każdy zacznie kluczyć i błądzić, aż sam się zgubi w zeznaniach. Lista Top 5 zmienia się bowiem z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień. Bywa, że codziennie mam ochotę zagrać w coś innego. Zamiast więc Top 5 przedstawię listę gier, do których najczęściej wracam:
1. Cywilizacja: Poprzez Wieki
2. Posiadłość Szaleństwa
3. Agricola
4. Here I Stand
5. Labyrinth: War on Terror
„Mały” komentarz.
1. Pierwsze miejsce to właściwie wybór autora, a nie konkretnej gry. Uwielbiam wszystko, czego dotknął Vlaada Chvatil – od Galaxy Truckera, przez Space Alert i Dungeon Lords/Pets, aż po Mage Knight. Jego gry reprezentowane są przez świetne pomysły mechaniczne, ale nie zapomina także o klimacie, który uwielbiam w grach. Konkretny wybór padł na Cywilizację, gdyż od roku, czy półtora nie ma miesiąca, by nie rozegrał przynajmniej jednej, a nie rzadko nawet i czterech parii Cywilizacji online. I ciągle mi mało.
2. To znowu wybór tematu niż konkretnej gry. Szaleję – tak myślę, że to dobre słowo – za procą i mitologią Lovecrafta. Grywam w Arkham Horror, Elder Sign (choć tutaj częściej na komórce, czy tablecie), ale najbardziej urzekła mnie Posiadłość Szaleństwa, w którą grywam właściwie zawsze po stronie złego Strażnika. Fantastycznie jest wyprowadzać Badaczy na manowce, mamić ich nagrodą, by potem gnębić, aż nie tylko ich bohaterowie, ale i sami gracze tracą poczytalność.
3. Podobnie jak przy okazji miejsca pierwszego – bardzo lubię gry Uwe Rosenberga. Wszystkie. Z Agricola na czele, gdyż jest najbardziej dostępna.
4. Here I Stand to gra wybitna, ale i wymagająca. Po pierwszej rozgrywce autentycznie przez tydzień nie mogłem dojść do siebie. Mimo że byłem już wtedy zaprawionym w bojach planszówkowiczem, pamiętna dziewięciogodzinna partia zostawiła mnie w szoku – nie byłem świadomy, że gra planszowa może w taki sposób działać na ludzi i tak między nimi oddziaływać. Tytuł ten byłby na pierwszym miejscu, gdyby nie olbrzymia trudność, której wymaga, by zorganizować rozgrywkę – bo nie zawsze ma się te kilkanaście godzin…
5. O Labyrinth: War on Terror już wspominałem. Przede wszystkim tematyka historii najnowszej, klimat konfliktu, który mimo pomijania go w serwisach informacyjnych wstrząsa całym światem i geniusz Volku Ruhnke, który stworzył niesamowitą, oddającą bardzo udatnie rzeczywistość asymetryczną mechanikę. I który to pomysł rozwinął w serii COIN, czyli w „Andean Abyss”.
CG: Masz jakieś hobby poza planszówkami?
J”r”G: Nie.
Kiedyś zajmowałem się klejeniem modeli – zarówno plastikowych, jak i kartonowych. Trzy lata temu kupiłem sobie „Małego Modelarza” z Su-27. Od tego czasu leży na półce i czeka. I czuję, że tak zostanie, gdyż ukończony nie powodowałby takich dreszczy zadowolenia, jak teraz, gdy sobie przypomnę, że mam model do sklejenia.
Podobnie jak większość planszówkowiczów często grywam w gry komputerowe wszelakiego rodzaju, ale w mniejszym stopniu niż kiedyś. Szczególnie dlatego, że z daleka trzymam się od gier online – gry są rozrywką i to ja decyduję, kiedy chcę się rozerwać, tymczasem gry online nakazują siadać do nich raz na jakiś czas. Zostaję więc tylko z rozgrywkami solo.
Z zawodu jestem programistą, więc interesuję się technologiami internetowymi i mobilnymi, które zresztą są mocno ze sobą połączone. Śledzę na bieżąco nowości, testuję aplikacje, ale nie wiem, czy określiłbym to zainteresowanie jako hobby.
CG: Dziękuję za wywiad.
J”r”G: Dziękuję. 🙂
Jak Kuba zauważył, organizacja tak dużej imprezy wymaga wielu żmudnych przygotowań i poświęconego czasu. Osobiście mogę oceniać gamesroom z dwóch perspektyw: pomagającego w obsłudze wypożyczalni oraz gracza. Mimo kilku niedogodności była to impreza udana i, jak większość z Was, bawiłem się świetnie. Pozostaje życzyć sobie kolejnych tak udanych konwentów.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 14 kwietnia 2013 by in Konwenty, Wywiady and tagged , .
%d blogerów lubi to: